Wednesday, 7 June 2017

wiosna 2.0 oraz 17. maja w mieście





Cześć. Początkowo miałem zamiar napisać cały rozdział nt. późnej wiosny. Bo po przyjrzeniu się, wiele się zmieniło. A właściwie: rozwinęło. Przede wszystkim nieco inny zapach. Gdzieniegdzie już skoszona trawa i w powietrzu unosi się zapach siana. Niedługo zostanie sprzątnięte z pól i znów zacznie się „Święto gnoju na Finnøyu”. Nowe kwiaty robią teraz karierę. Przede wszystkim bzy. I konwalie zwane u nas „majowymi”. Cóż, tu z racji klimatu, zaczynają nieco później. Są też kwitnące truskawki gruntowe, poziomki, fiołki, dzwonki, orliki, porzeczki. Odeszły rododendrony. Wyglądają nieszczególnie. Już się od nich trzmiele odwróciły. Z lekceważeniem takim jakby.

W tym roku, wiosna nas nie rozpieszcza. Nie mówię, że ludzie się w morzu nie kąpią, ale o ile pamiętam, w zeszłym roku w maju/czerwcu było dużo cieplej. 


Na szczęście w temacie wędkarstwa, zaczyna się ruch. Dorszowate i wargacze zaczynają się zahaczać, więc będzie co na ruszt wrzucić, albo obsmażyć w cieście na patelce. Ale prawdą jest taka, że częściej pada deszcz, troszkę wieje a temp. Raczej oscyluje wokół 11-12 ºC. W morzu już nastąpiło rozplenienie się wszelakich krasnorostów, glonów i innych roślinek, wśród których schować się wreszcie mogą ławice narybku.
Jak na powyższym zdjątku widać, udało mi się wreszcie złapać dorsza. Tu jest pośrodku między rdzawcami (kuzyni dorsza w systematyce ichtiozaurów) Na północy nie było to nic niezwykłego, ale tu, dorsza dotąd nie udało mi się złapać. A Gosi w zeszłym roku i owszem. Dużo większego - bo późnym latem. Przez co miała powód aby mi w żartach dopiekać jaka to Ona dobra wędkownica. :P
Gdy się zdarzyło, że było cieplej, np. 17 ºC i tuż po tym spadł, deszcz, asfaltówka staje się obleśna. Na powierzchnię z poboczy wypełzają wszystkie dżdżownice i bezskorupowe ślimaki. Chyba się to-to „pomrów” nazywa. Więc po kilku chwilach, jezdnia staje się śliska od przejechanych miękkawych pełzaczy, które łońskiego roku dostały akurat przydział na wyspę Finnøy. Wygląda niespecjalnie.

A jeśli idzie o "wyższe poziomy", to a jakże, ptaszęta jakby sobie podkręciły potencjometr. I robią w nadgodzinach. Znaczy zaczynają wcześniej i kończą później. Z pewnością nie mają kurzej ślepoty bo parę razy widziałem, jak okoliczne sroki na pełnej chyżości przelatywały między gałęziami drzew gdy wokół panował głęboki mrok. Po wielkości sylwetki człowiek właściwie zgadywał, że to sroka. Bo już kolorów nie widno.
I sosny zaczynają pylić. W Polsce już się to skończyło jak myślę. A tu dopiero się zaczyna. 
Małe jodły na plantacjach drzewek bożonarodzeniowych nie szaleją gdy idzie o pięcie się w górę, ale mają za to widoczne bardzo duże roczne przyrosty. Jaskrawią się soczystą zielenią.
Farmerzy zaczęli napełniać maszyny vendingowe z pomidorami w woreczkach:
Pewnie nie uwierzycie, ale takie cóś stoi sobie rzez cały sezon i nikt nie robi skoku na kasę. Podobnie jak nagminnie przed sklepem tutejszym parkują BMW i Mercedesy z silnikiem niewyłączonym, bo przecież właściciel za chwilę skończy zakupy. To po co ma silnik gasić?... :)

Wybrałem się niedawno na ponad dwudziestokilometrową wycieczkę rowerową naokoło wyspy. Akurat pogoda dopisała. z niejakim zdumieniem zauważyłem, że nawet w tym samym ogrodzie, tego samego gatunku krzewy ozdobne raz byłe w pełnym kwieciu, a raz ledwo ledwo. Wszystko przez nasłonecznienie. O, i wszędzie poprzekwitały dmuchawce.


 Zajrzałem również do tuneli poniemieckich z okresu Drugiej Wojny. Wejście niemal zarosło jak w tropikalnej dżungli. Takie niby-liany wiszą...




Chciałem słów parę o narodowym święcie. Właściwie gdy ktoś to czyta a mieszka w Norwegii, może sobie spokojnie darować, bo to o czym chce wspomnieć, zdarza się tu co roku i nihil novi sub sole dla nich. Ale Rodakom moim, którzy sprawy nie znają, chciałem opowiedzieć nieco, jak się rok w rok odbywa święto 17 maja. Oto w najmniejszej nawet mieścinie, a do takich się Judaberg zalicza, od paru dni wcześniej rozprowadzany jest program obchodów. Po norwesku i angielsku jest wydrukowana rozpiska i wyłożona w sklepie. Gdy już wreszcie nadejdzie ów wyczekiwany przez mieszkańców dzień, to wszędzie, gdzie nie wyjechano z rodzinnej posesji, na maszt o ósmej rano wciągana jest narodowa flaga. Trasa pochodu zostaje udekorowana flagami i zielonymi gałązkami. Także balkony, skwery, klomby. I od wewnątrz w niektórych domach. Paradę zaczyna się o 12:30 przed salą gimnastyczną. Ale zanim się zaczęła, wszelkie dostępne miejsca parkingowe zostały zajęte. 
A z aut zaczęły się wysypywać rodziny ubrane w stroje regionalne. Odmiennie od tego, co pamiętam z Polski, tu każdy w sposób naturalny nosi takie stroje. Nota bene, kosztują one tu kilkadziesiąt tysięcy koron. Szczególnie te bogato haftowane. Przypuszczalnie ręcznie. Dzieciaki też poubierane. A jeśli kto nie jest ubrany po ludowemu, to choć małą flagę dzierży w ręce. Albo ma wpięty kotylion w barwach narodowych.





Pogoda 17 maja dopisała, choć zaczęło się od gęstej mgły i miałem rano wątpia, czy ludzie będą widzieli trybunę z oficjelami a owi oficjele- paradujących. W radosnym podniosłym nastroju ludzie zgromadzili się pod rozmaitymi procesyjnymi sztandarami wszelkiej maści. Każda działająca na danym terenie organizacja, klub czy inne zrzeszenie ma własny sztandar lub choćby transparent. Dzieciaki psocą, rodziny i sąsiedzi spotykają się, uśmiechają , gwarzą. Bez pośpiechu, bez przymusu, śladu napięcia. Jakże to różne od pierwszomajowych pochodów mojego dzieciństwa czy zadymiarskich wydarzeń jedenastego listopada. Naprawdę można się tego spokoju i szacunku uczyć od Norwegów. Widać, że z niekłamaną radością demonstrują swój nienachalny  patriotyzm lokalny. Robią z parady wspólnotę. Bez patosu. Na luzie. Z uśmiechami na twarzach. Z oddali dobiega dźwięk orkiestry dętej. Ćwiczą kilkaset merów dalej, przy domu na osiedlu pogodnej starości gdzie rzecz cała się zakończy. Jakaś grupka przykościelna śpiewa w kółko jakiś psalm chyba.

Jest nawet- dla bezpieczeństwa ogólnego zapewne- policjant w stroju galowym. Nigdy go tu wcześniej nie widziałem (tzn. oprócz parady). Się nie za dużo dzieje. Więc na logikę, powinien dostawać wysokie wynagrodzenie. Znaczy się, spełnia rolę peacemakera… 


Parada rusza zgodnie z agendą. Trasa trochę na uboczu. Zwykle niektórymi z uliczek na co dzień nie da się przejechać samochodem, a z trudem- rowerem. Z szerokiej ławy zajmującej na szerokość całą jezdnię, co raz robi się wąski strumyk ludzi przechodzących przed wąskie gardła.
Prawie wszyscy mieszkańcy biorą udział. A jeśli ktoś nie bierze udziału czynnego, to z pewnością ustawi się przed domem lub przy oknie. Także w regionalnych strojach. Machają flagami, kiwają łapkami, zachęcają skandowaniem, wiwatami hip-hip-hura i zaśpiewami. Po przejściu trasy, pochód dochodzi do półpiętra zewnętrznej klatki schodowej jednego z domów na osiedlu dla seniorów. Tam jest mikrofon, paru urzędników. U dołu stoi w ludowych strojach orkiestra dęta. Ku swemu rozbawieniu widzę, że sznury od kościelnego sztandaru niosą dwie dziewoje w muzułmańskich chustach na głowie. Ciekawe. A pośród paradujących trafiła się jakaś muzułmańska mama z córeczką, obie w strojach narodowych przypominających wyzłocone muślinem tancereczki z seraju.


Jest dość spory placyk, więc wszyscy co przyszli się zmieszczą. Odśpiewane są podniosłe pieśni. Hymn, a jakże. I bardzo krótkie przemówienie burmistrza. 
Śpiewy i pochód rusza w trasę powrotną w miejsce zawiązania. Jeszcze mniejszymi węższymi alejkami, czasem wręcz ścieżkami. Tym razem jednak prze sam środek osiedla pogodnej starości. Tam o wiele więcej ludzi stoi na tarasach i za oknami. Z uwagi na zdrowie nie mogli wyjść. W oknie małego baraczku  z tyłu, wypatrzyłem jakiegoś schorowanego, zapomnianego staruszka. Smutno patrzył na ciągnący pochód radosnych postaci. Pomachałem mu dziarsko, tak z polskim wigorem moją małą norweską flagą z którą przyszedłem. Taki zwyczaj tutaj- przynajmniej mieć flagę. 







Uśmiechnął się szeroko. Na chwilę poweselał. Ale parada ciągnęła dalej. Po dotarciu do miejsca początkowego, ludzie porozchodzili się do samochodów albo weszli do pobliskiej Sali gimnastycznej gdzie zaraz po pochodzie przewidziano atrakcje pod dachem dla dzieci (m.in. polowanie na cukierki pochowane w balii z drewnianymi wiórami) a pod wieczór imprezę dla dorosłych. Ale już nie poszedłem, bo padało.


Ogarnia mnie zawsze taka nostalgiczna refleksja. Zawsze gdy jestem w Norwegii, to idę na te parady i składam znajomym Norwegom życzenia z okazji święta. Chodzę więc co rok, ale na blogu piszę dopiero teraz. Pamiętam, że te pochody trwały znacznie dłużej i były bardziej kwieciste i różnorodne gdy byłem w Tromsø. Ale celowo podkreślam uroczysty ich charakter i przebieg w małej mieścinie, jaką jest Judaberg. Mieszkańcy i przybyli goście dają sobą świadectwo niekłamanej dumy, wdzięczności dla bożej opatrzności, pogody ducha w obliczu rocznicy ogłoszenia niepodległości przed dwoma wiekami. Parę dni temu z niejakim smutkiem czytałem w portalu "Moja Norwegia", że wielu, niemal połowa czytelników była przeciwko braniu udziału w tej paradzie i noszeniu flagi dla uczczenia święta. stwierdzali, że takie uczestnictwo to chęć stawania się Norwegami za wszelką cenę. Nic bardziej mylnego. Ja przynajmniej nie szedłem tam dlatego, że czuje się Norwegiem. Natomiast czuję chęć zamanifestowania, że oto ktoś docenia fakt odzyskania niepodległości narodu, pośród którego rzucił mnie los. I że warto się cieszyć byciem razem. Że chcę się integrować (bez utraty tożsamości) z ludźmi otaczającymi mnie w lokalnej społeczności. Z ludźmi, których wyrywkowo widuje tylko przez mgnienie oka w sklepie przy regale. 
 

Chciałbym tak w Poznaniu czy w ogóle w Polsce. Ale działają tam mechanizmy obrzydzające, zniechęcające. Ale nic, nadzieja umiera ostatnia. Kto wie, może jeszcze dożyjemy czasów, gdy jak Norwegowie, będziemy pogodnie i w zgodzie defilować ulicami naszych Miast... Czego z serca życzę. Ech...

Tuesday, 9 May 2017

Cykl życia-wiosna

Cykl życia-wiosna
Lubię gdy w Norwegii jest Wiosna. Właściwie, to oprócz jesieni, lubię każdą porę roku. (Choć i tak wolę wiosnę w Kraju. Bo tam mam przyjaciół wielu i znajomych. Dużo więcej).


        Parę tygodni temu wybrałem się na spacer po wyspie. Ot, parę godzin w nogach. Wtedy zaczynało tajać. Na zasłoniętych przed słońcem skałach dogorywały sople z zimy. Bieliło się od przebiśniegów i śnieżyc. Niebieszczało krokusami. Po dnie morza zaczęły się rozpełzywać krasnorosty, których docelową misją jest przez resztę roku chronić narybek przed drapieżnikami. No i stanowić karmę dla takich na przykład jeżowców (moja dawna działka). Teraz śnieżyce i krokusy już dawno przekwitły. Passé. Absolutnie.
 Na fali są zawilce, żonkile, barwinki i tulipany. I mlecz. A już niedługo zakwitną w pełni konwalie i rododendrony.

 Rozpędzają się kwieciem drzewa. Ozdobne i owocowe. 
Do roboty powolutku ruszają zastępy trzmieli, które zaczynają mnie niepokoić swym buczeniem. (Mówię "do roboty" nieprzypadkowo, bo w tej okolicy, na dalekiej północy zresztą też - zamiast pszczół, zapylania dokonują tu trzmiele). Bo zwyczajowo trzmiele zaczną niedługo włazić pod warstwę desek na zewnątrz mojej starej chatki i urządzać sobie gniazda. Czasem trzmiele ziemne robią sobie siedziby w ogrodzie pod oknami, ale te mnie mniej zajmują. Sporo czasu zajmie, zanim się podkopią pod moja kwaterę. A tymczasem już jednego trzmiela „nieziemnego” znalazłem w zamkniętym mieszkaniu w holu. Czyli jakoś przelazł. Znalezione obrazy dla zapytania trzmiel 
A bywało gorzej, bo rutynowo po dechami osiedlają się osy a raz były i szerszenie. Na razie pszczół ani widu, ani słychu.

W dali stoki gór na stałym lądzie zaczynają powoli się odrywać z bieli, Na razie jedynie pierwszy plan i trochę na drugim pozbyły się białej pokrywy. 

Gdy łazi się po brzegu,  po zielonkawych skałach (selenit chyba), widać już pierwsze, nieliczne stadka narybku. Wyrasta nowe pokolenie ku uciesze mojej i rzesz innych zawołanych wędkarzy. Rybki są kolorowe, jak akwaryjne. Czyli chyba wargacze. Już mają się gdzie schować bo flora jeszcze nie osiągnęła pełni, ale już nieźle zasłania przed drapieżcami. Parę dni temu, jakieś dwadzieścia metrów od brzegu widziałem jak harce odprawia jakaś foka. Ona w sąsiedniej zatoczce ma chyba ostoję. W każdym razie będzie na kogo zwalić jak ryby nie będą brały latem. No a jak robię samotnego grilla, to przyłażą na zmianę dwie kotki z zeszłego roku. Chyba super puszysta babcia (która wbrew faktom nazwałem "Puchol" oraz mama (przez Gosię nazwana "Rysia"). Po trójce dzieci Rysi ślad na razie zaginął. 

Na polach pojawiły się od paru tygodni stada owiec. W mojej ocenie, w tym roku jest znacznie więcej jagniąt niż to widywałem w ubiegłych latach o tej porze.
Niedługo oczywiście rozpocznie się coś, co sarkastycznie nazywam „Święto Gnoju Na Finnøyu”. Czyli wspomagacie Matki Natury jeśli idzie o łąki. Parę razy w sezonie farmerzy z wyspy pakują gnojowicę do beczkowozów i wjeżdżają na łąki rozbryzgując wszystko po niezbyt wyrośniętej trawie. No i trawa rośnie jak na drożdżach. Czyli rzec by można, trawa gówno z tego ma. Krotochwila taka, choć nieco ordynarna. Ale w „te dni”…. Uffff! Oj, nie pachnie w powietrzu fiołkami. Oj nie… Trudno żyć w zaduchu i trzeba w końcu otwierać drzwi i okna. A wtedy, daję słowo, to jest jak nie móc się podrapać  a swędzi. Nieuniknione. Jak pierdnięcie w windzie. Nie ma ucieczki, chyba żeby nos obsmarować jakimś mega balsamem. I kilka dni trzeba przepękać. Do następnego razu (zwykle ze trzy razy w sezonie, każda łąka)
O dziwo gdy w ostatnie dni porównuję pogodę w Poznaniu do tej w Judabergu, to okazuje się, że tu jest cieplej. No i z racji położenia geograficznego, dzień trwa tu znacznie dłużej. Robi się ciemno dopiero około 22:00, a w Polsce przez dziewiątą. Morze jest spokojne także wieczorem, uspokaja się i niemal osiąga taflę jeziora. Dobrze mieszkać po zawietrznej. Druga strona wyspy ma dużo gorzej gdy idzie o zachodni wiatr. Potrafi nieźle przewiać.
Acha, zapomniałem wspomnieć o dźwiękach. Z rzadka coś przejeżdża wąską szosą (choć gdy mieszkałem koło Tromsø, słowo „rzadko” miało większy sens. A gdy już przejedzie, powietrze zaczyna rozbrzmiewać kanonami nachodzących na siebie ptasich dźwięków. Nie mam specjalistycznego mikrofonu kierunkowego, bo bym to nagrał i wkleił, ale są tu i świergoty wróbli, i popiskiwania sikorek, skrzeczenie srok, cała gama dźwięków wydawanych przez mewy, przez rybitwy. Kląskania jakichś nierozpoznanych przeze mnie ptasząt, charakterystyczne skrzeki ostrygojadów. Baj we łej, spodobała mi się ich nazwa utworzona przez kolegę Piotra N spod Bergen. I na własny użytek nazywamy z Gosią te ptaszyny "marchewkonosami". Zgadnijcie, czemu. 
☺ 

I pląsają wokół pliszki. Przysiądzie się do towarzystwa szpak, albo i rudzik. Gil się trafi. I gołąb zagrucha. Mała dygresja: (kawał) Siedzą sobie na gałęzi dwa gołębie. Jeden grucha, a drugi jabco.
Czasem z oddali usłyszeć można gęganie wędrownych gęsi azjatyckich albo trel skowronka.  O różnych porach się rozpoczyna nierzadko przed świtem, około piątej rano. Do dziesiątej wieczorem. 

A nad morzem dłużej. Oczywiście te dźwięki przeplatane są beczeniem owiec. Też cała gama haseł i odzewów.  A, i jeszcze taki ptaszek podobny do ibisa, tylko dużo mniejszy. Bardzo lubię jak treluje przelatując nad wyspą. Bardzo charakterystyczny śpiew. Może to jakiś bekas, słonka albo inny kulik. Pan dyrektor Andrzej Kruszewicz , ten z "Trójki", sugeruje po moim opisaniu go, że to może być kulik... Za słaby mam aparat żeby go obfotografić...

Czas kończyć pisanie, cichną powoli ptasie pienia, bo znad cieśniny nadchodzi niska chmura. Niebawem wyspę spowije mgła.

joik

PS. Nie mam praw do zamieszczonych utworów/dzieł. Zamieszczono w celach edukacyjnych. Niech żyją Artyści!!

Friday, 28 April 2017

Not exactly about anthropic principle. 
I strongly believe in enormous, unrevealed to-day, power of adaptation to environmental challenges.
And it is not that I doubt in divine intervention into creation of our life as we know it. I am not biologist by background. I speak freely only from position of my life's observations, reflections and educated guess. Common sense, too.
Life's a mystery. Very meaningful, powerful beyond our boldest expectations. And I think that due to its intrinsic feature, it is capable of wildest acts of change. All in order to sustain, maintain. To stay ALIVE. It does not mean that if you cast living animal into cosmic vacuum it'll survive, no, by no means. Yet, on our planetary scale, it might explain why there might be life on other planets that do not draw or attention for there's perhaps no water or carbon, or oxygen. I have no paradigm, or my mind is not fixed on known-so-far facts and expectations. Like I said, I am an old school. 
Being raised on books by great Stanislaw Lem, I have in my mind a thought seeded decades ago. It's one of those "what if's." I am just full of doubts whether we would, in the world as we know it, be able to recognize that it is actually life what we're looking at. I can with no problems think that somewhere there is some life, maybe even intelligent, developed in other regions that is resulting from "organic" chemistry of silicone, sulfur or other “unexpected” elements that we ignore or do not focus too much till now. Plus, we're fixed on chemistry outcomes resulting from Earth's gravity force of force that had been "always" as strong as that of now. I cannot exactly imagine how different chemistry in no- or low- gravity environment results could be. But I can assure you that I am ready to believe it can be shockingly "other". I heard once a science wizard lecturing in the net about expectations towards cosmos. I remember his main statement. Knowing what we already observe, I come to conclusion that COSMOS SHOULD BE MUCH WEIRDER than we observe to-day.
In Lem's works, unrecognized or unmatched forms of life get tangled, spliced. Great food for thought. One of biggest examples is his "Fiasco". Feel encouraged to find it. Might seem boring but it builds up to finale. Believe me.
From my life's experience, I must sadly sate that as humanity, even in its brightest, highly illuminated examples of modern scientists, we are but self-confident bunch of short-sighted creatures floating in a plankton of this Planet. As a rule, it is mainly nature scientists to blame or accuse of that blind attitude. Bit different (luckily for us all) is with representatives of fundamental disciplines of Science. 
But those nature freaks? Poor fellows. On one hand, I feel sorry for them and their pathetic closeness, even blindness. On other hand, I feel furious because of the fact that they use their media and social and institutional power of influence to poison cognitive minds, hungry for knowledge and progress. I repeat, I am not nature scientist. Yet, I feel and strongly believe that there is something colossally, cosmically wrong with the view that is popularized by those individuals, claiming that they have the most to say on the selected subjects. That they know The Answer. On radio, I listened once an audition about aspects of landing on our Moon. The scientist there remembered that his professor lady at a university somewhere was arguing and convincing him that all of the craters on the Moon’s surface result from volcanic activity. Based on what she said that? Simply because craters are created by volcanos. We know instinctively that that opinion was completely wrong, yet that idiotically stubborn teacher lady was using her position to force young mind into dangerous thinking. Why? Just because she could.
It’s toxic process .We know that all craters that we can see on the Moon result from impact, from a collision with cosmic debris that also Earth experiences.  I do not mid that people teach imperfect knowledge. But I strongly object their bullet-headiness when it comes to propagating their view as the only proper attitude worth or allowed to be transmitted to others. I believe it was Sir Karl Popper that introduced to contemporary science the thesis that ultimate confirmation of ANY scientific theory is not possible. We are just living among theories that are best so far. But there’s no guarantee that some sunny day, someone somewhere would not find a single argument to abolish the theory and change it. Till someone finds even better shape. I think that this process was best observed since beginning of 20th century in fundamental sciences. Result is enormously fast progress and development in areas of both macro and subatomic sciences. But “nature sciences”, at least in its mass transmitted today by the media, are by far away from catching up. Only very few bright people dare not to be short-sighted. For all the others it is still unthinkable to stand apart and try to see things a bit broader, from a different perspective. There’s no guarantee that liquid water is a must for life in outer space. But it is broadcasted as revelation and a sure thing. Truth is, however, that it’s the only form of life that we experienced and examined so far. But I would not be so sure that it must be the only model. Even stranger, our feeling of time flowing. I was once reading Terry Pratchett’s book in which he presented aside two extreme opposite life forms: a mayfly which lives only for one day, and fairy tree that was called counting pine. When he depicted mayflies, he showed those organisms as population of humming in a sort of cloud of very young and older insects discussing that sun is no longer as good as it was some hours ago, and it would be much better if younger mayflies showed more respect to older ones. All that was happening within lifetime of one generation who did not have slightest clue that time and its perception can be spanned for much more that the tine fragment on the time axis that circa one day long. Simple organisms, short life. Problems on a scale of extremely short existence. On another pole, there were these counting pines whose life lasted thousands of years. Those, in turn were talking with strong longing for a neighbor glacier that was here for millennia and then, “suddenly” walked away. By the way, the dialogue on that subject consisted of few sentences said but lasted seventeen years in human scale but for the peurpose of book reading was shortened for the readers. :) One might say, why you talk about fairytales and nonsenses quoted from fantasy book? What has it to do with quality of nature science theses presented by serious and respected scientists? Why? Because although organisms and their behavior are purely fairy, but for my mind they enlarge the thought's horizon and propose alternative perspective. Our perception of time is immanently bound with rotation speed of Earth, The only inhabited planet know so far. We as people are very egocentric and anthropic in our understanding of everything around us. And almost nobody dares to assume that there might be life that perceives time differently than humanity. Maybe its organisms life mayflies living much shorter than we. In such case, contact with extraterrestrial life, or matching two "time windows" to enable contact would be muuuuch more difficult. And opposite scenario, when some life form develops, grows and communicates much slower than us, I would not be surprised if life on Earth would be just overlooked by the slow growers and/or attempt to communicate would not be recognized by the very humanity for the alien longevity, comparing to human life. Other aspect is evolution of alternative life form would come to a point of developing formsand means of communication with use of electromagnetic wave based technologies. We today search our night skies hoping that someone would flash to us or send to us a recognizable radio signal. Again, this is because it is based on our limited, shortsighted perception. Optimistically assuming that all other life forms in outer spaces, if exist, must have almost identical speed of development, perception of time flow and more or less same path of technology and development as ourselves.

Friday, 31 March 2017

Młodzieży upadek, klęska rozmowy

"Rozmowa pozwoliła na komunikowanie pomysłów, umożliwiając ludziom wspólne działanie w celu budowania niemożliwego. Największe osiągnięcia ludzkości nadeszły dzięki mówieniu, a jego największe porażki, nastały dzięki niemówieniu. [...] Dzięki naszej technologii, możliwości są nieograniczone. Musimy tylko zapewnić, że nadal rozmawiamy". - Stephen Hawking
https://www.youtube.com/watch?v=7GEXrWf5CKQ



      To, co za chwilę przeczytasz, zostało napisane nie z pozycji socjologa, psychologa czy innego "loga". Jestem Polakiem ze średniego pokolenia. Obserwatorem współczesnych przemian, penetrowania przez, i zakotwiczania się w naszej rzeczywistości niechcianych skutków, fatalnych dla naszej przyszłości w chorej Ojczyźnie. Oczywiście od poniższych spostrzeżeń są chlubne wyjątki. Ale generalnie, jak to mówią, statystycznie, obraz rysuje się w barwach na wskroś ciemnych.

    Nasze Dzieci w swych rodzinnych domach i w szkołach są źle wychowywane. Albo WCALE. Rodzice oczekują, że uczyni to za nich szkoła, a szkoła idąc poniekąd na łatwiznę, oczekuje tego od rodziców. Jedni patrzą z pretensjami, niechęcią, ba! wręcz z wrogością na drugich. Dramat to to, że rodzice dzisiejsi chcą spokoju, braku wysiłku i coraz więcej wolnego czasu. więc próbują bezstresowego wychowania. Oraz podrzucanie kukułczego jaja innym. W swym mniemaniu, ktoś inny wykona za nich robotę.  
  Wyrosło młode pokolenie gardzące swymi rodzicami i ludźmi starszymi. Bo w erze nowoczesnych technologii, starsi mają trudności adaptacyjne. Ich życiowe doświadczenie straciło wskutek zbiegu fatalnych zdarzeń niemal całkowicie znaczenie i etos. Nie przemawia osobisty przykład czy "algorytm postępowania". Nie mają czym zaimponować młodym. Runęły bowiem autorytety i charyzma.
           W umysłach współczesnego średniego i młodego pokolenia, z najmłodszymi włącznie, tkwi nabyte w toku dotychczasowego życia przeświadczenie, że przy rozmowie nie trzeba się zachowywać kulturalnie. Gdy otwierany jest dowolny kanał telewizyjny widać zewsząd ordynarne chamstwo, pogardę dla drugiego, prymitywizm. Gadające głowy, przekrzykujące się na dowolny temat. Która prawda jest bardziej "mojsza" niż "twojsza". Gdy włączą media sieciowe - nie stać ich na odrobinę wysiłku aby zweryfikować prawdziwość umieszczonych stwierdzeń. Nauczono ich tego. Podobnie stają się ofiarami machinacji medialnych bo w nich nie chodzi o słuszność. Bardziej o czas najwyższej oglądalności. Gdy uczestniczą w "dyskusjach", chodzi tam raczej o to, by oponenta "zmiażdżyć" albo "zaorać". Dokopać. Nie wygrywa prawda lecz ODPOWIEDŹ ZGRABNIEJSZA, BARDZIEJ CHWYTLIWA. Czasem po prostu  k r ó t s z a. Nośniejsza medialnie. 
       Mamy do czynienia z młodymi ludźmi, którzy sprymitywnieli i ich światopogląd stał się do bólu narcystyczny. A co gorsza, ich rodzicom to nie przeszkadza. Bo oto wyrosły już co najmniej dwa pokolenia o uproszczonym kręgosłupie jeśli idzie o "łatwe wychowanie". I tu leży prawdziwy dramat. Dzieci w dość szlachetnym, aczkolwiek utopijnym założeniu, miały mieć w życiu lepiej i wygodniej niż pokolenia przed nimi. I wyrosło pokolenie samolubnych egoistów, konformistów. Niewidzących nic poza własną korzyścią. A do tego skrajnie krótkowzrocznych. Tylko TU i TERAZ. Po nas choćby potop. 
    Niestety, taka życiowa filozofia i wzorzec, spływa na nich z telewizji, radia, z internetu ale także -o zgrozo- ze szkoły i wyższych uczelni. Edukacja, w tym akademicka, zawiodły. Bo profesorowie już należą do pokolenia zmanierowanego. I dzięki temu na przykład przychodzą na urzędy ludzie wykształceni przed nowoczesną szkołę ekonomii. Zamieszała im w głowach na tematy hermetyczniejącej z czasem wiedzy o pieniądzach. Tacy ludzie przenoszą swe szkolne "jedynie prawdziwe" szablony na życie realne. Nabrali przekonania, że "z mebli można na powrót stworzyć drzewa". Mówił o tym swego czasu zdobywca nagrody im. Nobla z ekonomii. Z goryczą opowiadał, że nauka o tym co w życiu człowieka stanowi ważny element (o pieniądzu), stała się wyalienowana i niezrozumiała, bo tak poprowadzili sprawę akademicy. A realne życie niesie w sobie fakty bogatsze niż akademickie teorie. W prawdziwym życiu zachodzą zdarzenia nieodwracalne. Nie da się z mebli zrobić drzew. A to czasem nie mieści się w głowach nowej kadry. Więc tym gorzej dla faktów. I spirala niezrozumienia i agresji oraz pogardy zaczyna się nakręcać.
W dawniejszych czasach dzieci były uczone dialogu. Wiedziały, jakim tonem przemawiać, kiedy się odzywać, jak argumentować i jak przyjmować porażkę jeśli interlokutor miał rację, a samemu się jej nie miało. Dziś gdy sięgają po wzorzec to widza rozwydrzonych rodziców, a w debatach telewizyjnych oglądają z ciekawością wszechobecne przekrzykiwanie się w studiach tv i radiowych, używanie nieparlamentarnego słownictwa i nieczystej argumentacji w sporze. Nie chodzi kto ma rację, lecz kto kogo "zaorze", "dokopie" "zmiażdży".
 Znalezione obrazy dla zapytania quarrel clipart
 Zniszczenia widać również w sferze języka. Orwell ze swoją utopistyczną wizją 1984 jest w naszym realnym życiu obecny choć w bardziej zakamuflowanej formie. Ale drogą ciągłego powtarzania wpaja się bezkrytycznym odbiorcom że "Oceania jest w stanie wojny z Eurazją. Że zawsze była w stanie wojny z Eurazją." Pewne poglądy wpaja się młodym z góry wiedząc, że tylko bardzo nieliczni z nich, jakieś dziwadła jedynie, zadadzą sobie trud i dotrą do prawdziwego lub choćby prawdziwszego obrazu. I jeszcze jedno, sprymitywnienie, zmniejszanie zasobu słów, jakimi młode pokolenie operuje przy opisie otaczającego świata. U Orwella opracowywano kolejne wydania słowników "nowomowy", ktore zawierały coraz mniej haseł aby uprościć i ograniczyć zasób słownictwa tak, aby zubożony zasób słownictwa uniemożliwił w przyszłości "zbrodniomyślenie" czyli myślenie w kategoriach nieprzychylnych Wielkiemu Bratu. Tym samym,  kanalizowano treści za pomocą zwrotów "plus dobry" czy "dwa plus dobry", a dziś mamy jak ponury żart jakiś zwroty "mega fajny" albo "wypasiony". Słowniki wyrazów bliskoznacznych odchodzą do lamusa. Korzystają z nich jedynie światli poloniści oraz krzyżówko-maniacy.  Rośnie powierzchowność, miałkość, brak krytycyzmu, nabytej nieufności i dążności do poznania faktów. Zostają na garnuszku faktów medialnych. 

"Takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie." - S. Staszic. Patron mojego Liceum tak rzecz uwzwięźlił.

Tragedia polega na tym, że nie mamy tak dużego brezentu aby tę wadliwą młodzież schować. Ilość, jak u marksistów, ewidentnie przeszła w jakość. I ludzie oczekujący od życia normalności, nie mogą się jej doczekać. Bo kultura, dobre wychowanie, erudycja, czy wręcz szacunek dla drugiego człowieka, zostały z naszej rzeczywistości (oby nie trwale) wyrugowane przez kombinację młodzieńczego buntu, bezkrytycznego podejścia do technologii, upadku modelu wychowawczego oferowanego dzieciom, pogardy, filozofii "wolności", nieomylności i modelu "teraz + tu + moje + ja". Bezstresowo "wychowana" latorośl, zostaje często na mocy "układów i znajomości" zainstalowana w ośrodkach decyzyjnych. Stają się "agentami wpływu". Pielęgnują swe wypaczone poglądy i postawy. Są niedostrzeganym i często nieusuwalnym zagrożeniem dla społeczeństwa. I swój toksyczny wpływ sieją naokoło.
Niestety, rozgonienie na cztery wiatry całego tłumu tzw. "nauczycieli", którzy zepsuli nam młodzież a wcześniej ich rodziców jest już niemożliwe. Mleko się wylało. Musztarda po obiedzie.  Jesteśmy błądzącymi pośród oceanu nieomylnych rozwydrzeńców.
W dzisiejszych czasach naszej polskiej rzeczywistości bardzo boli mnie, że młode pokolenie  straciło bezpowrotnie szansę na poprawne "ułożenie" wyniesione z rodzinnego domu oraz ze szkoły. Płakać się chce, ale pokolenie współczesnych "nauczycieli" absolutnie nie sprostało wymogom edukacji stosownej do wymogów teraźniejszości. Patrzę, jak się sprawy mają w krajach ościennych, Finlandia, Chiny, Japonia, Norwegia, Korea Południowa i wieeeeele innych, potrafiły stworzyć dzieciom (i ich rodzicom świat), w których nauczyciel nadal cieszy się prestiżem. I cieszy się nim słusznie. U nas niestety, zawód nauczyciela skundlono i doprowadzono do tego, że stał się przechowalnią tłumów ludzi, którzy nie dbają o długoterminowa przyszłość swych wychowanków. Również dla rodziców, szkoła stała się miejscem, do którego na większa część dnia odstawia się potomstwo aby kto inny się nim zajmował, a może i wychował ("bo my nie mamy czasu"). Niech sobie trochę spędzą czasu w miłej atmosferze. My mamy zadania do wykonania. Skutki są opłakane i rokują na przyszłość bardzo pesymistycznie. A z tego właśnie pokolenia wyrastają menadżerowie, nauczyciele, lekarze, posłowie i wyborcy. Za młodu przeczytałem maleńka acz pouczającą książeczkę "Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów" A. Schopenhauera. Bardzo kształcąca i trafna lektura. Niosąca w sobie jednak bardzo negatywne przesłanie. Oto spory w przestrzeni publicznej wygrywa się nie za pomocą prawdy, racji, słuszności i celnego argumentu, ale drogą emocjonalnego sterowania świadkami/obserwatorami sporu tak, aby stanęli oni "demokratycznie" po stronie sprawiającej wrażenie racji. Dokładniej: wygra strona, która (rozwiązanie zdecydowanie tańsze) SPRAWI WRAŻENIE, że wygrała. Że obserwatorzy wezmą czyjąś stronę i przekrzyczą oponentów. I tak niestety wyglądają dzisiejsze "dyskusje". Przy tym często owe debaty są zmanipulowane przez szefów. Każdy wykrzyczy swoje, będzie się działo. Niezły nieczysty pojedynek w świetle jupiterów. No skandal. Fajnie. Będzie się działo! Wzrośnie oglądalność. Bo ci ludzie w świetle reflektorów pojawiają się w naszym życiu nie po to aby rozmawiać, ale po to aby swoje wykrzyczeć i napowtarzać. Nikt nikogo nie przychodzi przekonać ani dać się przekonać. Wywrzaskuje jedynie przy ludziach uzgodnione zakulisowo poglądy i zatruwa czarnym PR-em przestrzeń.
          Polecam jako obowiązkowa lekturę. Włos się na głowie jeży gdy zaczynamy konfrontować z naszymi codziennymi doświadczeniami z pracy, telewizji, radia, przestrzeni publicznej a zwłaszcza z mównicy. Tam rozlegają się słowa mające nieograniczony wpływ na nasze mienie, zdrowie i życie. Przeczytawszy tę pozycję widzimy, że w sporach stosowane są wszelkie chwyty zależnie od okoliczności i sposobu, w jaki toczy się debata. I niestety, coraz częściej wygrywa metoda przytoczona w "Erystyce"  na samym końcu. W uproszczeniu polega ona na brutalnym ataku nie na poglądy czy postawę przeciwnika, ale na jego osobę wprost. Czyli: "Twoje argumenty są równie obrzydliwe jak twoja wredna facjata". I ci ludzie o tempora o mores WYGRYWAJĄ. 
Znalezione obrazy dla zapytania bad discussion

Nie chcę i nie godzę się na taką rzeczywistość. 

Jeśli Ty również - rozmawiaj o tym. W rodzinie. Na forum. Powiedz o tym poście innym. Może mają też coś do powiedzenia, bo uważają, że to jest ważne. Dla mnie, dla Ciebie. Dla nas. Dla naszej przyszłości. Zachęcam do dyskusji i komentarzy.

PS. Nie posiadam praw autorskich na artefakty zamieszczone w moim blogu. Umieściłem je w celach edukacyjnych. NIECH ŻYJĄ ARTYŚCI!!

Wednesday, 22 March 2017

perfection, absolute

the Dark Side of the Moon - The concept Album and unique experience from 16 of  March 1973

(IMPORTANT: To begin with, I want to stress I do not own any rights to the content below, just put it here only for educational purpose. God bless the Artists!)

I am sadly realising that my current post is but casting handful of thoughts into black hole of today's people minds. The bitter truth that I see everyday, since introducing of MTV, is that we have been breeding whole generations of children-consumers that inside their skulls carefully carry brains expecting outside world to deliver them pictures and sounds with the speed of tens per second. If it's somewhat lower than expected, they start to hate the reality and consider it boring. Their minds expect world to be a video clip. Noisy, jazzy, beeping and flashing, stroboscopic vision-wise, sound-wise. 
And what I want today to ponder and revisit a work of art from early seventies. It has an iconic cover of prism refracting whiteness into rainbow set of colors, all on simple black background. Created by Storm Thorgerson and Aubrey Powell. A classy symbol of cleverness and beauty.
         The topic of today is a masterpiece about madness. A genius suite. Loved by millions so maybe enough words said? skilfully crafted in legendary recording studio at Abbey Load, London. By a person who himself is a talented musician leading once his own rock group called Alan Parsons Project. 
Ready to start a journey? well, start the link and dim the light. I personally just LOVE to listen to it in either complete darkness or outdoors gazing at starry night. 
You should try that out some time, too. My Wife Gosia confessed that she just adored listening to it while watch northern lights near Tromso, Norway, having her headphone set on, all lying on her back at a high snowdrift, cosmic privacy. Watching the shapes, hues and colours delicately mesmerising up above... I can imagine that could be cool. But I leave that one to Her.

Like Venezia deserves every person on Earth to visit the place, this art piece is worth hearing. It is ultimate Perfection. 
I am of course talking about the 8th album of British symphonic rock group Pink Floyd. And it is about The Dark Side Of The Moon
Highly inspiring, diverse, intrinsic feel, insight, remarks and comments. On human greed, passing of time, breathing, death, changes, conflicts, isolation, unity, religion, mental incompatibility with the world. All in all, it is greatest album of all time. I am Beatle fan, yet I agree that this workpiece is best. And it was done in the very same location as "Abbey Road" by the Beatles.
I am true fan who remains unimpressed by facts and figures of sales and topping the charts. But this one is a class of its own. It until today remains peerless achievement. 
That record starts and ends with human heartbeat. As it flows, it is using countless loops, overdubs, snatches of real world interviews with band and crew, lots of transition effects between songs to make listener to gently move from one "mind's room" to another. A real gamechanger, a milestone in world of Music for our generation. I myself hearing it for the first time in my life was on my knees, listening to my cousin's mono cassette player. In complete darkness of his sleeping room in Kraków, Poland. It was overwhelming greatness. No obsolete note. I loved ever since then. I hope so would you. 
This Album is valid and meaningful for people. The legend says that during communist era, one of Poland's beloved, quite free minded radio stations called Trójka, introduced some unique custom. As not all of local radio receivers were able to broadcast programs in stereo at that time, the process of introducing stereo phony was done gradually through years. But just as during that process a region in Poland was receiving a gift of stereo broadcast, Trójka was greeting that fact by broadcasting "Dark Side" for even new circle of listeners, just to share the Experience. To enchant new crowds to the great journey amidst songs.
And of course, there's Clare Torry's great vocalise of Great Gig In The Sky. critics claim to to be a "Soulfull methaphore of death". I hoever think it is just a song about Norwegian Aurora Borealis glimmering above freshly gone snow blizzard, all grabbed by the organ. Enjoy.

https://www.youtube.com/watch?v=YI67GAQYsRc
Recommended to open link in another window.
PS:  if you hate interruptions or ads, just buy the Album.
PPS: Back in the old times, it had another advantage. We were carrying our personal music on portable cassette players. And if you bought a C-90 cassette, you had it all. On side you put "Dark Side", on the flip side - "Wish You Were Here" (their next LP) and then you had it saturated with beauty. WOW, what a feast it was for young souls of the time!.. 
PPPS: I hope that you would agree that song "Money" seems to be inspired by earlier Beatles Instrumental called "12 Bar Original". Hear for yourself: 
https://www.youtube.com/watch?v=9m84toiWRTI
Or it's just me in me head?


















"Speak to Me" +
 "Breathe in the Air" + 

"On the Run" + 
"Time ( "Breathe" reprise) + 
"The Great Gig in the Sky" (Lyrics: ooooohaahahhahahahahaoooooohaahahaooahhaœòooö).
"Money" + 
"Us and Them
"Any Colour You Like" + 
"Brain Damage"  + 
"Eclipse"

Tuesday, 21 March 2017

theological dilemma ; temat. Teologiczny

Kolejny mega temat. Teologiczny. And another vast theological dilemma.

Zamykam oczy i ruszam w pamięci wehikułem czasu. Przypominam sobie zasadniczą, jak się potem okazało, kwestię - przyczynę problemów w dziele U.Eco "Imię róży". Chodziło mniej więcej o to, czy Bóg się śmiał. Oto odpowiedź:
Tak.   J e s z c z e   n i e    p r z e s t a ł...



I am closing my eyes and I begin my voyage back to the past in mind's time vehicle. I am recalling basic problem, it revealed later to be a root cause of all crime's of U. Eco's "Name Of The Rose" works of art. More or less it was a difficulty over a dilemma if God ever laughed. Well, here is the definite Anwer:
Yes. And  H e   h a s    n o t   y e t    e n d e d...

Abonament 1.0

Ten wpis będzie po polsku. Jest to wyraz mojego szczerego  obywatelskiego protestu przeciw gangsterskiemu "skokowi na kasę" mojego narodu. Chodzi o "podchody" agend rządowych jak by tu położyć rękę na niepłaconym abonamencie. Sprawa jest bardzo poważna, bo do gry wciąga się niegodziwie szacowne instytucje jak Poczta Polska. Próbuje się narzucać się na jej barki ponadnormatywne obowiązki polegające na donoszeniu do organów o fakcie posiadania niezarejestrowanych odbiorników rtv. Po to aby potem uderzyć z roszczeniami.
Tylko czy rzeczywiście jest to abonament niezapłacony? Śmiem wątpić. 
Posłużę się w moim rozumowaniu następującym konstruktem myślowym (publikowałem go już parokrotnie w gronie najbliższych na forach w sieci, ale teraz w wersji nieco rozbudowanej publikuje na blogu).
Zamknij więc na chwilę oczy (w przenośni, bo z zamkniętymi oczami trudniej jest czytać teksty 😊) i wyobraź sobie rzecz następującą:
Jak co dzień po porannej toalecie, ubraniu się, wychodzisz z domu z zamiarem porannych zakupów. Zaglądasz do piekarni, oczarowany pięknym zapachem i wyglądem, kupujesz jak zwykle bochenek ulubionego przez Ciebie i rodzinę chleba oraz stosowną ilość ciepłych, smakowitych bułek. Płacisz, bierzesz kwitek i zadowolony wracasz w rodzinne pielesze. Wszyscy zadowoleni. I oto pewnego pięknego dnia do drzwi Twego zacisznego domu (my home is my castle!) puka w gniewie jakiś zapracowany poczciwy osobnik. Na zapytanie, w czym możemy mu pomóc, ów wybucha gorzkim oskarżeniem, że jesteśmy mu winni pieniądze za pieczywo, które do tej pory zjadaliśmy. Zaskoczeni usiłujemy się dowiedzieć jak to możliwe, przecież za ulubione pieczywo zawsze płaciliśmy żądaną kwotę. Mamy na to nawet rachunki. Słysząc to, nasz zgorzkniały rozmówca wybucha gniewem i z wściekłością oświadcza, że jest młynarzem i że PIEKARNIA SIĘ Z NIM NIE ROZLICZYŁA. Więc czuje się okradziony, a ponieważ wie, że to ja zjadałem jego produkty, więc przychodzi do mnie po należność. A musisz wiedzieć, że on ma szwagra w policji, więc "lepiej dawaj po dobroci, bo jak nie, to inaczej pogadamy..." 
Teraz możesz już otworzyć symbolicznie oczy i zamyślić się nad tym, co przed chwilą tu naskrobałem. Dokładnie taka sytuacja zaistniała w naszej chorej rzeczywistości. 
Szwagier to oczywiście rząd z aparatem nacisku i nieposkromionym apetytem na niewpłacone jeszcze na rządowe konta nasze (w pocie i znoju zarobione) pieniądze.
Piekarnia to dostawca treści programowej poprzez sieć telewizji kablowej. Ma doskonałe rozeznanie ILE KOMU KIEDY SPRZEDAŁ. I czego nie sprzedał.
Rozgoryczony gniewny i roszczeniowy młynarz u Twych bram to nikt inny jak przedstawiciel firmy państwowej, która oferuje towar, na który systematycznie spada zainteresowanie czyli popyt.  
I tu pro memoriam cytat z "Zakazanych piosenek 60-tki" 
Ogromna sala, lśniący parkiet,

Rąbie orkiestra znany temat

Wodzirej, hostess pięć na bramce

I tylko kurwa ludzi nie ma!
(autor Janusz Sokołowski* )

Wypisz wymaluj kwintesencja tarapatów, w jakich tkwią od dekad państwowe media. Prawem kaduka roszczą sobie prawo do GWARANTOWANYCH ZYSKÓW (nb. jak zagraniczne banki w Polsce) i jakakolwiek postawa sprzeczna z ich optymistycznym założeniem jest traktowana jako przestępstwo równe niemal niepłaceniu podatków. 

A nieszczęsny gostek, który drzwi otworzył, to Ty. Uczciwy, rzetelny obywatel, który swoje odpracował i zapłacił. Powinien spojrzeć młynarzowi w oczy, wziąć głęboki oddech i silnym, pewnym głosem odpowiedzieć: 
-Zaszła pomyłka. Niech pan sobie stąd idzie. To bardzo dobrze, że ma pan szwagra w policji. Na pewno bardzo się przyda. Zaraz dam panu na karteczce adres, gdzie może pan swoich koneksji użyć. A teraz żegnam pana życząc miłego dnia. 
I wręczamy osłupiałemu (nie wiedzieć czemu) interlokutorowi adres piekarni.
I dokładnie tak powinniśmy postąpić my, obywatele tego chorego kraju. Wyjaśniam dlaczego. Podobnie jak to się dzieje przy zakupie pieczywa, gazu, elektryczności, płacimy za dany produkt tylko raz. To na dostawcy produktu, a nie na konsumencie, spoczywa obowiązek rozliczeń z poprzednimi ogniwami łańcucha dostaw. Rzeczywistość oto przedstawia się w przeważającej ilości przypadków tak, że jako odbiorcy programów telewizyjnych nie jesteśmy posiadaczami anten telewizyjnych odbierających nadawane w eter fale. Kupujemy telewizor, zamawiamy PAKIET OKREŚLONYCH kanałów i po podłączeniu instalacji, na ekranie pojawiają się WYŁĄCZNIE wysłane przez dostawcę zakupione produkty wedle naszego wyboru. Jest już dwudziesty pierwszy wiek i czas to dostrzec. Roszczenia byłyby prawomocne, gdybyśmy odbierali na naszych odbiornikach sygnał otrzymywany bezpośrednio od producenta (stacje nadawcze radia i telewizji). Ale my dostajemy z "kablówki" treści zakupione. I jeśli komuś się roi, że nie zapłacono mu wystarczająco za jego rzetelną być może pracę, to niech swoje wysiłki zwróci ku instytucjom, od których de facto POWINIEN się domagać zadośćuczynienia. Nie od obywateli, którzy już za kablówkę dokonali zapłaty. My możemy jedynie służyć pomocniczo jako argument w sporze z pośrednikami. Jako się rzekło, dostawcy sieci kablowych mają w swej ewidencji dokładnie co do sztuki ilość klientów, którym dostarczają konkretne abonamentowe treści (przy okazji przypominam, że gross oferty kablowej telewizji to kanały płatne, podobnie jak to powinno być z naszymi mediami). Wygląda na to, że nieuczciwi dystrybutorzy sygnałów kablowych z zagranicznymi stacjami się dogadali co do należności (a może nie?...), a z rodzimymi mediami nie. I obie strony patrzą na nas jakbyśmy to MY MIELI ZAPŁACIĆ. Problem w tym leży wszak, że jest jeszcze ten "szwagier w policji", i on jak płatna dziewoja służebna, ochotnie poświadczy, że zapłacić młynarzowi rzeczą nieuchronną i należną jest. Nawet jeśli już zapłacono. W końcu prawda jest też taka, że firmy z branży medialnej mogą się "stawiać", nawet w sądach. A biedny telewidz jest łatwiejszy do obrobienia i zastraszenia. Do sądu taki nie poda, w ogóle, "wyżej dupy nie podskoczy". Można mu w świetle prawa interpretowanego "po wygodzie władzy" przypieprzyć tak, że mu się kredki z tornistra wysypią. To chory kraj, chora, chciwa jak gnida władza, która poza czubkiem własnego nosa nie widzi nic. I tylko: "tu. teraz, po nas choćby potop". Jak przyjdzie czas -"się znowu coś obieca i "jakoś będzie. Zapomną, a jak nie zapomną obietnic, to się powie, że "ta pani już u nas nie pracuje". To co? Płaci pan? bo zaraz zamykamy kasę..." 
Wiem, o czym mówię. Za uczciwą pracę powinno się płacić wykonawcy, dostarczycielowi produktu. Ale tylko RAZ, WŁAŚCIWEMU beneficjentowi. Jeśli gdzieś po drodze jest wyciek, należy go natychmiast zlikwidować zamiast dolewać do zbiornika i kazać płacić odbiorcy końcowemu za niedopatrzenie, a może za celowe zaniechanie.
Proszę, przemyśl mój post. jeśli uważasz, że choćby w części mam rację, podyskutuj o tym. Ze mną, w gronie rodzinnym, z przyjaciółmi... Pora aby rzeczy wyprostować i postawić na nogi. Pogadaj o tym temacie i moim blogu w rodzinie, przy piwie, na raucie, imprezie. Zachęcam do własnego zdania i komentarzy, a kto wie, może do obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec zakusów haniebnych.
Pozdrawiam z wiejskiej, prowincjonalnej Norwegii.






Nie mam praw autorskich do tekstu, zamieściłem jedynie w celach edukacyjnych. Niech żyją Artyści!

do Bożego Narodzenia AD 2019 niedaleko

    Z a miesiąc już będę w Kraju. Długo mnie nie było. Od maja. A przynajmniej tak się czuję (Gosia mnie koryguje że nie aż tak długo, No...