Friday, 30 June 2017

Neighbourhood, early summer, concentrated.

Neighbourhood, early summer, concentrated.
Concorde shaped clouds at gate of Stavanger Harbour.

Firs growing up at plantations around. Fresh greenness. Luv it. Lots of rain helped. So they go up like crazy. They will face their Christmas, though.





Blackberries' blossom. Fruits to come soon.


Very popular all-around blooming flower of unknown (to me) name. See my other blog about summer in the neighbourhood.


Thorny thristle on steroids.

Birch growing from inside of some long-time-ago-cut thick tree. 


Like in Poland, shaky leaves of alder.


Like in Poland, hazel bushes

Forget-me-not. Tiny flower. Reminds me of Polish meadows

Achtung: SORREL! Contains oxalic acid. 
Yummy sour. In Poland while being a kid, we used to eat sorrel soup at home, with hard boiled egg inside. Damn good. Must be getting old...

Fern, like in Poland, only in much brighter places, exposed to direct sunlight yet alive.

On steep road's side. various weeds.

By the side of our old hut where I live, there's this old cabin. Used to be over run and grown thruogh with the ivy. With Gosia, we used to call it "Jumanji" after adventure movie with late Robin Williams. Now it's almost trimmed.

Living hedge, It, too straddles, yet tis not ivy. 

Nice flower. Also reminds me of sweet Poland. Dunno the name.

Saint John's night. In here, each year the longest night is celebtated. This year the whole day was raining but the landlord invited lots of folks anywa. Started indoor in old sawmill. Pics are  shown below not in proper sequence but you would get the idea. I hope.





Barely 200m from sawmill so guests started to move along the shore or through the woods. When the time came to start the big fire.

Disposing dry wood on top of soaked throughly pile of wooden stuff that would never caught fire at present state. 
Kids played in verrrry cold sea water. But it's right to do it when you're young. Too, it's OK to climb up the inclined birch tree when you are just 2 years old. Details to come. Quite soon.


Saint John night rules, man. 







I noticed these tinies of barely 2, three centimeters high beside that fire.




As I could see, also neighbours made a fire on the sea shore. But ours was bigger. And lasted longer into that night. Although "night" is not the word. It was still very bright despite very late hour.


Now it's time to go to beds and rest. Almost 11 PM. (I told ya!)




These three pics, I was unable to process correctly with my photo applications. Despite my efforts. In reality, the sky at sunset was much more colourfull, not to say "blood". Yet, very spectacular and peaceful.


This is an undefragged rainbow piece that I had put days ago on my Facebook wall. Drew some attention. 
Kinda strange to see this type of shape for round "objects". I called it "Pyramid from Pink Floyds" in honot to album cover of Dark Side of the Moon.





Next day. Sunny, business as usual. In the deep background on sea, a dinghy, a ferry and yacht at sails.

Wild rose grows. From its petails, people in Polish villages still make deliciuos confiture. When fruits are ripen, the are rich in pure Vitamin C (discovered century ago by an Hungarian professor in Seged, he had got Nobel for that).


And here approaches next shopping-thirsty client. Typical for our shop on island.



As summer is developing, more and more often we can see everywhere around a floating buoys - markers of setting the crab traps.


Nice black sheep. sometimes these sheep, as well as the cows, go down to the see and consume the algae and kelp. alive and dried, too. On professional pastures I see blocks of prepared salt to deliver minerals. We in Poland call them "lizawki" -or  lickers. In this case, for our landlord's livestock, see weeds do just fine.


also swans eat kelp as we see.


Building place. The excavator is not very often used. They do progress in jumps that are distant in calendar. I mean, discretely. But "slowly, slowly aber sicher".


And in the end, I spotted an untypical cirrus clouds. Shaped like a giant firebird of paradise. 
The End.

Sunday, 11 June 2017

Abonament 2.0

Sporo już czasu minęło od czasu mojego pierwszego posta na temat abonamentu i wrażych zakusów na kasę Kowalskiego. Sporo się zmieniło. Mamy już początek czerwca a z chorych mediów mojej chorej Ojczyzny słyszę o podatku Kurskiego. I że rząd zamierza przyśpieszyć prace legislacyjne nad poprawą ściągalności abonamentu. Marzy im się najskuteczniejszy mechanizm inspekcji: każdy księdza po kolędzie wpuszcza, więc może by tam dodatkowa krateczkę odfajkowywał" Telewizor - MA...
Słychać co prawda "głosy rozsądku" ze strony polityków spoza partii rządzącej, szczególnie z Kukiz'15, iż w proponowanej formie będzie to niesprawiedliwe w stosunku do telewidzów-odbiorców telewizji naziemnej czyli niekablowej. ale nawet oni wydają się nie pojmować istoty rzeczy. A więc tego, że TVP i PR są firmami takimi jak HBO, BBC Entertainment i skoro dostawcy sygnału telewizji kablowej dostarczają ich produkt, na tej samej zasadzie powinni się rozliczać i być obciążani należnością jak stacje zagraniczne. Trzeba ich wziąć za chachoł i przymusić do zwrotu należności. A nie obywateli nękać nienależnymi opłatami. Wspomnicie moje słowa: "uszczelnienie" systemu ściągania należności za abonament -NAWET GDY ZACZNĄ GO PŁACIĆ WSZYSCY OBYWATELE -WCALE NIE POPRAWI JAKOŚCI jakby to pozornie wynikało z nagłego dopływu wielkiej ilości gotówki. Jako płatnicy powinniśmy się tego w sposób najoczywistszy spodziewać. No bo skoro wszyscy zaczęli... Nie poprawi, gdyż dla bydlaków z rządu NIE MA NIC ŚWIĘTEGO. To nie dopływ gotówki dla borykającej się z kryzysem branży mediów państwowych, tylko po prostu KOLEJNA KASA, KTÓRĄ BĘDZIE MOŻNA WYDAĆ ZGODNIE Z BIEŻĄCYM WIDZIMISIĘ dysponentów będących aktualnie przy żłobie. Czy naprawdę nie widzicie na horyzoncie tego zagrożenia. D niedawna możnaby powiedzieć "to pewne jak w banku". Ale od czasu różnorakich wolt, jakie banki działające na terenie RP wykonują w dyscyplinach pn. "kredyty walutowe", polisolokaty", "klauzule niedozwolone" - zwrot ten stracił na dawniejszym znaczeniu zyskawszy nowe. O 180 zwrócone. W przeciwna stronę.  A ty, biedny obywatelu, jak zawsze, obojętne, kto jest przy korycie, możesz po jego zagraniach tylko w rozpaczliwej bezsilności zaciskać pięści. Niemal płacząc w duchu, że nie masz na nic wpływu.  Chciwe gnidy będące u władzy mają za nic, że Ty te pieniądze dałeś na określony cel. I tylko na ten cel. Mają to za nic. Najgorsze, że tego nawet nie można nazwać korupcją. Bo zawsze mogą paść znamienne słowa: "No to poddajmy to pod sejmowe głosowanie." I co? Czy złamali prawo? (Twoje prawo na co mają pójść dedykowane przez ciebie pieniądze). NO nie złamali. Skoro je sobie USTANOWILI POD WŁASNE DORAŹNE POTRZEBY. 
WRRRRRR!!!!!!!!!
Kolejny powód, aby w wyborach głosować na konkretnych polityków, a nie na partie, stronnictwa koterie czy kliki. Bo wtedy będzie nadzieja. Że zagłosują zgodnie z sumieniem. nie pod dyktando czy w wyniku międzyłajdackich koalicji, układów i układzików. Szantażów czy pragmatyzmu. Kompromisów czy spisków. Nie po to biorę udział w procesie demokratycznych elekcyj aby ten czy ów, któremu z klucza udało się wleźć do grona rządzących mógł się bezkarnie przy dowolnej okazji, z obojętnie jakiego powodu stał się kurwą czy skurwysynem i bimbając na wszystko, prowadził doraźne działania "kręcenia lodów" na zasadzie "Po nas choćby potop".
Trzeba doprowadzić do gwarantowania wydatkowania kwot zebranych w konkretnym celu na konkretne, zgodne z intencją dawców,
Nie zgadzam się na łajdactwo, do którego zmierza mój chory Kraj przy okazji zmian w polityce abonamentu. Gwarantuję na 100% iż okaże się to kolejnym gwałtem na publicznych pieniądzach. I nikt nie będzie mógł nic na to poradzić. (A mówimy o instytucjach, które rzekomo nie są opłacane przez użytkowników właściwie odkąd istnieją). Nie zgadzajmy się na rapt. 

Wednesday, 7 June 2017

wiosna 2.0 oraz 17. maja w mieście





Cześć. Początkowo miałem zamiar napisać cały rozdział nt. późnej wiosny. Bo po przyjrzeniu się, wiele się zmieniło. A właściwie: rozwinęło. Przede wszystkim nieco inny zapach. Gdzieniegdzie już skoszona trawa i w powietrzu unosi się zapach siana. Niedługo zostanie sprzątnięte z pól i znów zacznie się „Święto gnoju na Finnøyu”. Nowe kwiaty robią teraz karierę. Przede wszystkim bzy. I konwalie zwane u nas „majowymi”. Cóż, tu z racji klimatu, zaczynają nieco później. Są też kwitnące truskawki gruntowe, poziomki, fiołki, dzwonki, orliki, porzeczki. Odeszły rododendrony. Wyglądają nieszczególnie. Już się od nich trzmiele odwróciły. Z lekceważeniem takim jakby.

W tym roku, wiosna nas nie rozpieszcza. Nie mówię, że ludzie się w morzu nie kąpią, ale o ile pamiętam, w zeszłym roku w maju/czerwcu było dużo cieplej. 


Na szczęście w temacie wędkarstwa, zaczyna się ruch. Dorszowate i wargacze zaczynają się zahaczać, więc będzie co na ruszt wrzucić, albo obsmażyć w cieście na patelce. Ale prawdą jest taka, że częściej pada deszcz, troszkę wieje a temp. Raczej oscyluje wokół 11-12 ºC. W morzu już nastąpiło rozplenienie się wszelakich krasnorostów, glonów i innych roślinek, wśród których schować się wreszcie mogą ławice narybku.
Jak na powyższym zdjątku widać, udało mi się wreszcie złapać dorsza. Tu jest pośrodku między rdzawcami (kuzyni dorsza w systematyce ichtiozaurów) Na północy nie było to nic niezwykłego, ale tu, dorsza dotąd nie udało mi się złapać. A Gosi w zeszłym roku i owszem. Dużo większego - bo późnym latem. Przez co miała powód aby mi w żartach dopiekać jaka to Ona dobra wędkownica. :P
Gdy się zdarzyło, że było cieplej, np. 17 ºC i tuż po tym spadł, deszcz, asfaltówka staje się obleśna. Na powierzchnię z poboczy wypełzają wszystkie dżdżownice i bezskorupowe ślimaki. Chyba się to-to „pomrów” nazywa. Więc po kilku chwilach, jezdnia staje się śliska od przejechanych miękkawych pełzaczy, które łońskiego roku dostały akurat przydział na wyspę Finnøy. Wygląda niespecjalnie.

A jeśli idzie o "wyższe poziomy", to a jakże, ptaszęta jakby sobie podkręciły potencjometr. I robią w nadgodzinach. Znaczy zaczynają wcześniej i kończą później. Z pewnością nie mają kurzej ślepoty bo parę razy widziałem, jak okoliczne sroki na pełnej chyżości przelatywały między gałęziami drzew gdy wokół panował głęboki mrok. Po wielkości sylwetki człowiek właściwie zgadywał, że to sroka. Bo już kolorów nie widno.
I sosny zaczynają pylić. W Polsce już się to skończyło jak myślę. A tu dopiero się zaczyna. 
Małe jodły na plantacjach drzewek bożonarodzeniowych nie szaleją gdy idzie o pięcie się w górę, ale mają za to widoczne bardzo duże roczne przyrosty. Jaskrawią się soczystą zielenią.
Farmerzy zaczęli napełniać maszyny vendingowe z pomidorami w woreczkach:
Pewnie nie uwierzycie, ale takie cóś stoi sobie rzez cały sezon i nikt nie robi skoku na kasę. Podobnie jak nagminnie przed sklepem tutejszym parkują BMW i Mercedesy z silnikiem niewyłączonym, bo przecież właściciel za chwilę skończy zakupy. To po co ma silnik gasić?... :)

Wybrałem się niedawno na ponad dwudziestokilometrową wycieczkę rowerową naokoło wyspy. Akurat pogoda dopisała. z niejakim zdumieniem zauważyłem, że nawet w tym samym ogrodzie, tego samego gatunku krzewy ozdobne raz byłe w pełnym kwieciu, a raz ledwo ledwo. Wszystko przez nasłonecznienie. O, i wszędzie poprzekwitały dmuchawce.


 Zajrzałem również do tuneli poniemieckich z okresu Drugiej Wojny. Wejście niemal zarosło jak w tropikalnej dżungli. Takie niby-liany wiszą...




Chciałem słów parę o narodowym święcie. Właściwie gdy ktoś to czyta a mieszka w Norwegii, może sobie spokojnie darować, bo to o czym chce wspomnieć, zdarza się tu co roku i nihil novi sub sole dla nich. Ale Rodakom moim, którzy sprawy nie znają, chciałem opowiedzieć nieco, jak się rok w rok odbywa święto 17 maja. Oto w najmniejszej nawet mieścinie, a do takich się Judaberg zalicza, od paru dni wcześniej rozprowadzany jest program obchodów. Po norwesku i angielsku jest wydrukowana rozpiska i wyłożona w sklepie. Gdy już wreszcie nadejdzie ów wyczekiwany przez mieszkańców dzień, to wszędzie, gdzie nie wyjechano z rodzinnej posesji, na maszt o ósmej rano wciągana jest narodowa flaga. Trasa pochodu zostaje udekorowana flagami i zielonymi gałązkami. Także balkony, skwery, klomby. I od wewnątrz w niektórych domach. Paradę zaczyna się o 12:30 przed salą gimnastyczną. Ale zanim się zaczęła, wszelkie dostępne miejsca parkingowe zostały zajęte. 
A z aut zaczęły się wysypywać rodziny ubrane w stroje regionalne. Odmiennie od tego, co pamiętam z Polski, tu każdy w sposób naturalny nosi takie stroje. Nota bene, kosztują one tu kilkadziesiąt tysięcy koron. Szczególnie te bogato haftowane. Przypuszczalnie ręcznie. Dzieciaki też poubierane. A jeśli kto nie jest ubrany po ludowemu, to choć małą flagę dzierży w ręce. Albo ma wpięty kotylion w barwach narodowych.





Pogoda 17 maja dopisała, choć zaczęło się od gęstej mgły i miałem rano wątpia, czy ludzie będą widzieli trybunę z oficjelami a owi oficjele- paradujących. W radosnym podniosłym nastroju ludzie zgromadzili się pod rozmaitymi procesyjnymi sztandarami wszelkiej maści. Każda działająca na danym terenie organizacja, klub czy inne zrzeszenie ma własny sztandar lub choćby transparent. Dzieciaki psocą, rodziny i sąsiedzi spotykają się, uśmiechają , gwarzą. Bez pośpiechu, bez przymusu, śladu napięcia. Jakże to różne od pierwszomajowych pochodów mojego dzieciństwa czy zadymiarskich wydarzeń jedenastego listopada. Naprawdę można się tego spokoju i szacunku uczyć od Norwegów. Widać, że z niekłamaną radością demonstrują swój nienachalny  patriotyzm lokalny. Robią z parady wspólnotę. Bez patosu. Na luzie. Z uśmiechami na twarzach. Z oddali dobiega dźwięk orkiestry dętej. Ćwiczą kilkaset merów dalej, przy domu na osiedlu pogodnej starości gdzie rzecz cała się zakończy. Jakaś grupka przykościelna śpiewa w kółko jakiś psalm chyba.

Jest nawet- dla bezpieczeństwa ogólnego zapewne- policjant w stroju galowym. Nigdy go tu wcześniej nie widziałem (tzn. oprócz parady). Się nie za dużo dzieje. Więc na logikę, powinien dostawać wysokie wynagrodzenie. Znaczy się, spełnia rolę peacemakera… 


Parada rusza zgodnie z agendą. Trasa trochę na uboczu. Zwykle niektórymi z uliczek na co dzień nie da się przejechać samochodem, a z trudem- rowerem. Z szerokiej ławy zajmującej na szerokość całą jezdnię, co raz robi się wąski strumyk ludzi przechodzących przed wąskie gardła.
Prawie wszyscy mieszkańcy biorą udział. A jeśli ktoś nie bierze udziału czynnego, to z pewnością ustawi się przed domem lub przy oknie. Także w regionalnych strojach. Machają flagami, kiwają łapkami, zachęcają skandowaniem, wiwatami hip-hip-hura i zaśpiewami. Po przejściu trasy, pochód dochodzi do półpiętra zewnętrznej klatki schodowej jednego z domów na osiedlu dla seniorów. Tam jest mikrofon, paru urzędników. U dołu stoi w ludowych strojach orkiestra dęta. Ku swemu rozbawieniu widzę, że sznury od kościelnego sztandaru niosą dwie dziewoje w muzułmańskich chustach na głowie. Ciekawe. A pośród paradujących trafiła się jakaś muzułmańska mama z córeczką, obie w strojach narodowych przypominających wyzłocone muślinem tancereczki z seraju.


Jest dość spory placyk, więc wszyscy co przyszli się zmieszczą. Odśpiewane są podniosłe pieśni. Hymn, a jakże. I bardzo krótkie przemówienie burmistrza. 
Śpiewy i pochód rusza w trasę powrotną w miejsce zawiązania. Jeszcze mniejszymi węższymi alejkami, czasem wręcz ścieżkami. Tym razem jednak prze sam środek osiedla pogodnej starości. Tam o wiele więcej ludzi stoi na tarasach i za oknami. Z uwagi na zdrowie nie mogli wyjść. W oknie małego baraczku  z tyłu, wypatrzyłem jakiegoś schorowanego, zapomnianego staruszka. Smutno patrzył na ciągnący pochód radosnych postaci. Pomachałem mu dziarsko, tak z polskim wigorem moją małą norweską flagą z którą przyszedłem. Taki zwyczaj tutaj- przynajmniej mieć flagę. 







Uśmiechnął się szeroko. Na chwilę poweselał. Ale parada ciągnęła dalej. Po dotarciu do miejsca początkowego, ludzie porozchodzili się do samochodów albo weszli do pobliskiej Sali gimnastycznej gdzie zaraz po pochodzie przewidziano atrakcje pod dachem dla dzieci (m.in. polowanie na cukierki pochowane w balii z drewnianymi wiórami) a pod wieczór imprezę dla dorosłych. Ale już nie poszedłem, bo padało.


Ogarnia mnie zawsze taka nostalgiczna refleksja. Zawsze gdy jestem w Norwegii, to idę na te parady i składam znajomym Norwegom życzenia z okazji święta. Chodzę więc co rok, ale na blogu piszę dopiero teraz. Pamiętam, że te pochody trwały znacznie dłużej i były bardziej kwieciste i różnorodne gdy byłem w Tromsø. Ale celowo podkreślam uroczysty ich charakter i przebieg w małej mieścinie, jaką jest Judaberg. Mieszkańcy i przybyli goście dają sobą świadectwo niekłamanej dumy, wdzięczności dla bożej opatrzności, pogody ducha w obliczu rocznicy ogłoszenia niepodległości przed dwoma wiekami. Parę dni temu z niejakim smutkiem czytałem w portalu "Moja Norwegia", że wielu, niemal połowa czytelników była przeciwko braniu udziału w tej paradzie i noszeniu flagi dla uczczenia święta. stwierdzali, że takie uczestnictwo to chęć stawania się Norwegami za wszelką cenę. Nic bardziej mylnego. Ja przynajmniej nie szedłem tam dlatego, że czuje się Norwegiem. Natomiast czuję chęć zamanifestowania, że oto ktoś docenia fakt odzyskania niepodległości narodu, pośród którego rzucił mnie los. I że warto się cieszyć byciem razem. Że chcę się integrować (bez utraty tożsamości) z ludźmi otaczającymi mnie w lokalnej społeczności. Z ludźmi, których wyrywkowo widuje tylko przez mgnienie oka w sklepie przy regale. 
 

Chciałbym tak w Poznaniu czy w ogóle w Polsce. Ale działają tam mechanizmy obrzydzające, zniechęcające. Ale nic, nadzieja umiera ostatnia. Kto wie, może jeszcze dożyjemy czasów, gdy jak Norwegowie, będziemy pogodnie i w zgodzie defilować ulicami naszych Miast... Czego z serca życzę. Ech...

Tuesday, 9 May 2017

Cykl życia-wiosna

Cykl życia-wiosna
Lubię gdy w Norwegii jest Wiosna. Właściwie, to oprócz jesieni, lubię każdą porę roku. (Choć i tak wolę wiosnę w Kraju. Bo tam mam przyjaciół wielu i znajomych. Dużo więcej).


        Parę tygodni temu wybrałem się na spacer po wyspie. Ot, parę godzin w nogach. Wtedy zaczynało tajać. Na zasłoniętych przed słońcem skałach dogorywały sople z zimy. Bieliło się od przebiśniegów i śnieżyc. Niebieszczało krokusami. Po dnie morza zaczęły się rozpełzywać krasnorosty, których docelową misją jest przez resztę roku chronić narybek przed drapieżnikami. No i stanowić karmę dla takich na przykład jeżowców (moja dawna działka). Teraz śnieżyce i krokusy już dawno przekwitły. Passé. Absolutnie.
 Na fali są zawilce, żonkile, barwinki i tulipany. I mlecz. A już niedługo zakwitną w pełni konwalie i rododendrony.

 Rozpędzają się kwieciem drzewa. Ozdobne i owocowe. 
Do roboty powolutku ruszają zastępy trzmieli, które zaczynają mnie niepokoić swym buczeniem. (Mówię "do roboty" nieprzypadkowo, bo w tej okolicy, na dalekiej północy zresztą też - zamiast pszczół, zapylania dokonują tu trzmiele). Bo zwyczajowo trzmiele zaczną niedługo włazić pod warstwę desek na zewnątrz mojej starej chatki i urządzać sobie gniazda. Czasem trzmiele ziemne robią sobie siedziby w ogrodzie pod oknami, ale te mnie mniej zajmują. Sporo czasu zajmie, zanim się podkopią pod moja kwaterę. A tymczasem już jednego trzmiela „nieziemnego” znalazłem w zamkniętym mieszkaniu w holu. Czyli jakoś przelazł. Znalezione obrazy dla zapytania trzmiel 
A bywało gorzej, bo rutynowo po dechami osiedlają się osy a raz były i szerszenie. Na razie pszczół ani widu, ani słychu.

W dali stoki gór na stałym lądzie zaczynają powoli się odrywać z bieli, Na razie jedynie pierwszy plan i trochę na drugim pozbyły się białej pokrywy. 

Gdy łazi się po brzegu,  po zielonkawych skałach (selenit chyba), widać już pierwsze, nieliczne stadka narybku. Wyrasta nowe pokolenie ku uciesze mojej i rzesz innych zawołanych wędkarzy. Rybki są kolorowe, jak akwaryjne. Czyli chyba wargacze. Już mają się gdzie schować bo flora jeszcze nie osiągnęła pełni, ale już nieźle zasłania przed drapieżcami. Parę dni temu, jakieś dwadzieścia metrów od brzegu widziałem jak harce odprawia jakaś foka. Ona w sąsiedniej zatoczce ma chyba ostoję. W każdym razie będzie na kogo zwalić jak ryby nie będą brały latem. No a jak robię samotnego grilla, to przyłażą na zmianę dwie kotki z zeszłego roku. Chyba super puszysta babcia (która wbrew faktom nazwałem "Puchol" oraz mama (przez Gosię nazwana "Rysia"). Po trójce dzieci Rysi ślad na razie zaginął. 

Na polach pojawiły się od paru tygodni stada owiec. W mojej ocenie, w tym roku jest znacznie więcej jagniąt niż to widywałem w ubiegłych latach o tej porze.
Niedługo oczywiście rozpocznie się coś, co sarkastycznie nazywam „Święto Gnoju Na Finnøyu”. Czyli wspomagacie Matki Natury jeśli idzie o łąki. Parę razy w sezonie farmerzy z wyspy pakują gnojowicę do beczkowozów i wjeżdżają na łąki rozbryzgując wszystko po niezbyt wyrośniętej trawie. No i trawa rośnie jak na drożdżach. Czyli rzec by można, trawa gówno z tego ma. Krotochwila taka, choć nieco ordynarna. Ale w „te dni”…. Uffff! Oj, nie pachnie w powietrzu fiołkami. Oj nie… Trudno żyć w zaduchu i trzeba w końcu otwierać drzwi i okna. A wtedy, daję słowo, to jest jak nie móc się podrapać  a swędzi. Nieuniknione. Jak pierdnięcie w windzie. Nie ma ucieczki, chyba żeby nos obsmarować jakimś mega balsamem. I kilka dni trzeba przepękać. Do następnego razu (zwykle ze trzy razy w sezonie, każda łąka)
O dziwo gdy w ostatnie dni porównuję pogodę w Poznaniu do tej w Judabergu, to okazuje się, że tu jest cieplej. No i z racji położenia geograficznego, dzień trwa tu znacznie dłużej. Robi się ciemno dopiero około 22:00, a w Polsce przez dziewiątą. Morze jest spokojne także wieczorem, uspokaja się i niemal osiąga taflę jeziora. Dobrze mieszkać po zawietrznej. Druga strona wyspy ma dużo gorzej gdy idzie o zachodni wiatr. Potrafi nieźle przewiać.
Acha, zapomniałem wspomnieć o dźwiękach. Z rzadka coś przejeżdża wąską szosą (choć gdy mieszkałem koło Tromsø, słowo „rzadko” miało większy sens. A gdy już przejedzie, powietrze zaczyna rozbrzmiewać kanonami nachodzących na siebie ptasich dźwięków. Nie mam specjalistycznego mikrofonu kierunkowego, bo bym to nagrał i wkleił, ale są tu i świergoty wróbli, i popiskiwania sikorek, skrzeczenie srok, cała gama dźwięków wydawanych przez mewy, przez rybitwy. Kląskania jakichś nierozpoznanych przeze mnie ptasząt, charakterystyczne skrzeki ostrygojadów. Baj we łej, spodobała mi się ich nazwa utworzona przez kolegę Piotra N spod Bergen. I na własny użytek nazywamy z Gosią te ptaszyny "marchewkonosami". Zgadnijcie, czemu. 
☺ 

I pląsają wokół pliszki. Przysiądzie się do towarzystwa szpak, albo i rudzik. Gil się trafi. I gołąb zagrucha. Mała dygresja: (kawał) Siedzą sobie na gałęzi dwa gołębie. Jeden grucha, a drugi jabco.
Czasem z oddali usłyszeć można gęganie wędrownych gęsi azjatyckich albo trel skowronka.  O różnych porach się rozpoczyna nierzadko przed świtem, około piątej rano. Do dziesiątej wieczorem. 

A nad morzem dłużej. Oczywiście te dźwięki przeplatane są beczeniem owiec. Też cała gama haseł i odzewów.  A, i jeszcze taki ptaszek podobny do ibisa, tylko dużo mniejszy. Bardzo lubię jak treluje przelatując nad wyspą. Bardzo charakterystyczny śpiew. Może to jakiś bekas, słonka albo inny kulik. Pan dyrektor Andrzej Kruszewicz , ten z "Trójki", sugeruje po moim opisaniu go, że to może być kulik... Za słaby mam aparat żeby go obfotografić...

Czas kończyć pisanie, cichną powoli ptasie pienia, bo znad cieśniny nadchodzi niska chmura. Niebawem wyspę spowije mgła.

joik

PS. Nie mam praw do zamieszczonych utworów/dzieł. Zamieszczono w celach edukacyjnych. Niech żyją Artyści!!

Friday, 28 April 2017

Not exactly about anthropic principle. 
I strongly believe in enormous, unrevealed to-day, power of adaptation to environmental challenges.
And it is not that I doubt in divine intervention into creation of our life as we know it. I am not biologist by background. I speak freely only from position of my life's observations, reflections and educated guess. Common sense, too.
Life's a mystery. Very meaningful, powerful beyond our boldest expectations. And I think that due to its intrinsic feature, it is capable of wildest acts of change. All in order to sustain, maintain. To stay ALIVE. It does not mean that if you cast living animal into cosmic vacuum it'll survive, no, by no means. Yet, on our planetary scale, it might explain why there might be life on other planets that do not draw or attention for there's perhaps no water or carbon, or oxygen. I have no paradigm, or my mind is not fixed on known-so-far facts and expectations. Like I said, I am an old school. 
Being raised on books by great Stanislaw Lem, I have in my mind a thought seeded decades ago. It's one of those "what if's." I am just full of doubts whether we would, in the world as we know it, be able to recognize that it is actually life what we're looking at. I can with no problems think that somewhere there is some life, maybe even intelligent, developed in other regions that is resulting from "organic" chemistry of silicone, sulfur or other “unexpected” elements that we ignore or do not focus too much till now. Plus, we're fixed on chemistry outcomes resulting from Earth's gravity force of force that had been "always" as strong as that of now. I cannot exactly imagine how different chemistry in no- or low- gravity environment results could be. But I can assure you that I am ready to believe it can be shockingly "other". I heard once a science wizard lecturing in the net about expectations towards cosmos. I remember his main statement. Knowing what we already observe, I come to conclusion that COSMOS SHOULD BE MUCH WEIRDER than we observe to-day.
In Lem's works, unrecognized or unmatched forms of life get tangled, spliced. Great food for thought. One of biggest examples is his "Fiasco". Feel encouraged to find it. Might seem boring but it builds up to finale. Believe me.
From my life's experience, I must sadly sate that as humanity, even in its brightest, highly illuminated examples of modern scientists, we are but self-confident bunch of short-sighted creatures floating in a plankton of this Planet. As a rule, it is mainly nature scientists to blame or accuse of that blind attitude. Bit different (luckily for us all) is with representatives of fundamental disciplines of Science. 
But those nature freaks? Poor fellows. On one hand, I feel sorry for them and their pathetic closeness, even blindness. On other hand, I feel furious because of the fact that they use their media and social and institutional power of influence to poison cognitive minds, hungry for knowledge and progress. I repeat, I am not nature scientist. Yet, I feel and strongly believe that there is something colossally, cosmically wrong with the view that is popularized by those individuals, claiming that they have the most to say on the selected subjects. That they know The Answer. On radio, I listened once an audition about aspects of landing on our Moon. The scientist there remembered that his professor lady at a university somewhere was arguing and convincing him that all of the craters on the Moon’s surface result from volcanic activity. Based on what she said that? Simply because craters are created by volcanos. We know instinctively that that opinion was completely wrong, yet that idiotically stubborn teacher lady was using her position to force young mind into dangerous thinking. Why? Just because she could.
It’s toxic process .We know that all craters that we can see on the Moon result from impact, from a collision with cosmic debris that also Earth experiences.  I do not mid that people teach imperfect knowledge. But I strongly object their bullet-headiness when it comes to propagating their view as the only proper attitude worth or allowed to be transmitted to others. I believe it was Sir Karl Popper that introduced to contemporary science the thesis that ultimate confirmation of ANY scientific theory is not possible. We are just living among theories that are best so far. But there’s no guarantee that some sunny day, someone somewhere would not find a single argument to abolish the theory and change it. Till someone finds even better shape. I think that this process was best observed since beginning of 20th century in fundamental sciences. Result is enormously fast progress and development in areas of both macro and subatomic sciences. But “nature sciences”, at least in its mass transmitted today by the media, are by far away from catching up. Only very few bright people dare not to be short-sighted. For all the others it is still unthinkable to stand apart and try to see things a bit broader, from a different perspective. There’s no guarantee that liquid water is a must for life in outer space. But it is broadcasted as revelation and a sure thing. Truth is, however, that it’s the only form of life that we experienced and examined so far. But I would not be so sure that it must be the only model. Even stranger, our feeling of time flowing. I was once reading Terry Pratchett’s book in which he presented aside two extreme opposite life forms: a mayfly which lives only for one day, and fairy tree that was called counting pine. When he depicted mayflies, he showed those organisms as population of humming in a sort of cloud of very young and older insects discussing that sun is no longer as good as it was some hours ago, and it would be much better if younger mayflies showed more respect to older ones. All that was happening within lifetime of one generation who did not have slightest clue that time and its perception can be spanned for much more that the tine fragment on the time axis that circa one day long. Simple organisms, short life. Problems on a scale of extremely short existence. On another pole, there were these counting pines whose life lasted thousands of years. Those, in turn were talking with strong longing for a neighbor glacier that was here for millennia and then, “suddenly” walked away. By the way, the dialogue on that subject consisted of few sentences said but lasted seventeen years in human scale but for the peurpose of book reading was shortened for the readers. :) One might say, why you talk about fairytales and nonsenses quoted from fantasy book? What has it to do with quality of nature science theses presented by serious and respected scientists? Why? Because although organisms and their behavior are purely fairy, but for my mind they enlarge the thought's horizon and propose alternative perspective. Our perception of time is immanently bound with rotation speed of Earth, The only inhabited planet know so far. We as people are very egocentric and anthropic in our understanding of everything around us. And almost nobody dares to assume that there might be life that perceives time differently than humanity. Maybe its organisms life mayflies living much shorter than we. In such case, contact with extraterrestrial life, or matching two "time windows" to enable contact would be muuuuch more difficult. And opposite scenario, when some life form develops, grows and communicates much slower than us, I would not be surprised if life on Earth would be just overlooked by the slow growers and/or attempt to communicate would not be recognized by the very humanity for the alien longevity, comparing to human life. Other aspect is evolution of alternative life form would come to a point of developing formsand means of communication with use of electromagnetic wave based technologies. We today search our night skies hoping that someone would flash to us or send to us a recognizable radio signal. Again, this is because it is based on our limited, shortsighted perception. Optimistically assuming that all other life forms in outer spaces, if exist, must have almost identical speed of development, perception of time flow and more or less same path of technology and development as ourselves.

do Bożego Narodzenia AD 2019 niedaleko

    Z a miesiąc już będę w Kraju. Długo mnie nie było. Od maja. A przynajmniej tak się czuję (Gosia mnie koryguje że nie aż tak długo, No...